Żyję hybrydowo. Rozmowa ze Steffenem Möllerem

Aktor, pisarz i kabarecista Steffen Möller o swoich planach, wyjazdach i relacjach międzyludzkich na styku dwóch kultur i krajów.

DW:  Mieszkając zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, stworzyłeś swój własny, polsko-niemiecki świat... Czy się mylę?

Steffen Möller: Lubię słowo „mylę", bo brzmi prawie jak „Möller"... Często, kiedy Polacy pytają, jak prawidłowo wymawiać moje nazwisko, to mówię „Ja się mylę..." Tak, żyję w takim stanie porównywalnym do samochodów, które używają zarówno benzyny, jak i napędu elektrycznego. Samochodów z napędem hybrydowym... Stworzyłem taką własną hybrydę. W obu miastach udało mi się zbudować krąg fajnych ludzi, między którymi się obracam. A poza tym zajmuję się pisaniem książek, co daje takie złudzenie, że codziennie obracasz się w gronie swoich czytelników.

DW: Na co dzień jedną nogą jesteś w Berlinie, drugą w Warszawie. W dwóch stolicach...

SM: Tak, to wielkie osiągnięcie dla kogoś, kto pochodzi z prowincji. Po pierwsze lubię stolice, bo w nich się kumuluje życie. Poza tym udało mi się znależć mieszkania blisko dworca. W ten sposób jestem też blisko pociągu Berlin-Warszawa.

DW: I chętnie włączasz się w codzienność?

SM: Lubię obserwować nasze kultury. Doświadczenie Polski niesamowicie mnie wzbogaciło. Inaczej dzisiaj patrzę na Niemcy, na siebie samego. Troszkę ubolewam, że obecnie wszystko tak zdominowały tematy polityczne. Moje zainteresowania są na niższym szczeblu. Takim interkulturowym. Sprawy międzykulturowe to jakby fundament. One istnieją zawsze, niezależnie od polityki.

DW:  Świetnie znasz i Polskę, i Niemcy. Z występami kabaretowymi i na spotkania autorskie docierasz do najodleglejszych zakątków...

SM:   To jest właśnie plusem tej mojej działalności - bardzo dużo podróżuję. Minusem jest, że za rzadko jestem we własnym łóżku.

DW: Przybliżasz Niemcom Polskę. Twoja „Viva Polonia!" rozeszła się tu w nakładzie 300 tys. egzemplarzy. Pewnie potrafiłbyś też napisać książkę o Niemczech?

SM: Nie za bardzo. Dla mnie Niemcy są jedynie tłem. Potrafię tylko pisać książki o moich pasjach. Polska jest dla mnie pasją, muzyka klasyczna jest pasją. Mam jeszcze kilka innych... Z  czasem będę je wszystkie ujawniał... (śmiech). Niemcy jako takie nie są moim tematem. W ciągu ostatnich 10 lat miałem ponad 500 występów w Niemczech. Co roku minimum 40-50. A mimo to po prostu czuję w sobie ciągoty na wschód. Kiedy jestem w „starym RFN-ie", gdzie się wychowałem, w Wuppertalu, to szczerze mówiąc odczuwam nudę. Wszystko wydaje mi się zbyt znajome. Ale jak tylko jestem w Dreźnie, w Lipsku – to zaczyna się dla mnie robić ciekawiej. Już wychylam głowę przez okno. A kiedy dotrę jeszcze bardziej na wschód - to już jest super ciekawie! Zobaczymy... może jeszcze uda mi się zapuścić korzenie w Rosji... Na stałe.

DW: ??

SM: Ach, nie martw się, bo tak już mówię od wielu lat... I co? Ciągle nic. Byłem trzy razy trochę dłużej w Rosji. Dwa razy na Syberii i raz koło Moskwy. Mam w sobie takiego małego Stasiuka, który wsiada do samochodu i jedzie tysiące kilometrów, do Mongolii na przykład. Samochodów nie lubię, ale takie stasiukowe klimaty zardzewiałych kołchozów gdzieś na końcu świata – oj, tak.

DW: Czy po tylu latach w Polsce dostrzegasz w sobie coś polskiego?

SM: Tak, jak najbardziej. Wpakuję to do mojej nowej książki, którą obecnie piszę, o związkach polsko-niemieckich. Tam będą dwa rozdziały na temat polonizacji i też germanizacji. Przeprowadziłem wiele wywiadów z parami polsko-niemieckimi. Dostałem wiele fajnych odpowiedzi. Niemieccy mężowie często odpowiadali, że stali się większymi improwizatorami. Nie muszą już planować, co w sobotę będzie w garnku. Inna taka rzecz: jak jadę rowerem, to u nas w Niemczech ścieżki rowerowe są czymś świętym. Broń Boże nie wchodź w drogę rowerzyście! A w Polsce się nauczyłem, że można po prostu tego pieszego zwyczajnie ominąć szerokim łukiem. I nie trzeba nawet dzwonić, a już na pewno nie trzeba go karcić.

Steffen stemmt vor BWE Arme

Mieszka blisko dworca, bo krąży między Warszawą i Berlinem

DW: Będąc w Warszawie widzisz w sobie Niemca?

SM: Oj tak, widzę. Na przykład, kiedy w rozmowie zbyt bezpośrednio dążę do celu. Zaczynam spotkanie od stwierdzenia „No, to do rzeczy" ... A Polak chciałby porozmawiać najpierw o pogodzie, o papieżu, o Kaczyńskim... Niekoniecznie od razu na temat. Ogólnie mówiąc my w Niemczech jesteśmy zbyt bezpośredni pod wieloma względami, co Polakom wydaje się czystym egoizmem. Podchodzi kelner, a ja już z daleka krzyczę „Dla mnie kotlet!" Żaden Polak nigdy by tak nie krzyczał. Nie będzie się wyrywał jako pierwszy. Zawsze poczeka na tego drugiego. Ta wstrzemięźliwość jednak nie zawsze jest korzystna.

DW: Obecnie jednak są słyszalne po stronie polskiej, w polityce, stanowcze postulaty...

SM: Mam tu taką swoją teorię. Opisałem ją zresztą też w książce „Viva Polonia!". Wymagania demokracji to właściwie zaprzeczenie polskiej mentalności. Ważne cechy w Polsce to grzeczność wobec starszych i autorytetów (nieraz przesadna), nie wychylanie się, kurtuazyjność wobec kobiet i tak dalej. I potem taki miły, grzeczny uczeń albo student przechodzi do polityki, a od tego momentu demokratyczne reguły zmuszają go, aby cały czas reklamował własną osobę. Najlepszym przykładem jest Donald Trump. Czyli odtąd taki nieśmiały student, taka milutka studentka muszą robić coś, czego nigdzie się nie nauczyli. W niemieckich szkołach dość wcześnie uczymy się wygłaszać własne zdanie. Czyli już w szkole nabywamy umiejętności dyskusji, negatywnie mówiąc – już w szkole uczymy się egoizmu. Jak patrzę na polskich polityków, mam ciągle wrażenie pewnej schizofrenii – wiem dokładnie, że w gruncie rzeczy są innymi ludźmi, udają tylko pewność siebie wobec ludzi i wobec kamer.

DW: Polityka to sztuka kompromisu i wspólnego budowania...

SM: To przede wszystkim sztuka słuchania drugiej strony. W polskiej telewizji brakuje mi żelaznego punktu niemieckiej telewizji: wieczorów dyskusyjnych. Codziennie w niemieckiej telewizji możesz obejrzeć jakąś dyskusję panelową. Siedzi 5-6 osób, wysłuchują siebie nawzajem. I owszem - często burzliwie dyskutują. W Polsce takie dyskusje wybuchają po pięciu minutach, dymi się. 

Steffen Möller diverse Bücher

W swoich książkach sympatycznie zbliża Polaków i Niemców

DW:  Także swego czasu brałeś udział w takich dyskusjach telewizyjnych w Niemczech. Objaśniałeś wówczas polski punkt widzenia, chociażby w stosunku do żądań Eryki Steinbach z niemieckiego Związku Wypędzonych...

SM:   Tak, ale od razu dodam, żeby nie było zbyt miło, że gdyby ta sama dyskusja odbyła się w Polsce, to tam bym pewnie bronił pani Steinbach. Taki już jest ten mój los. Żyję w pewnej schizofrenii. Z natury, psychologicznie, mam taki kod, że siedzę w łodzi i jak ta łódź przechyla się na lewo, to ja idę na prawo. I na odwrót. Zawsze chcę trzymać ten środek. I kiedy w Polsce widzę inne skrajności, na przykład brak zrozumienia Niemców, to muszę ujmować się za Niemcami. Taka już moja rola.

DW: Politycy szukając porozumienia, starają się czasem o kontakty nieformalne, o namiastkę prywatności. Helmut Kohl i Borys Jelcyn udawali się wspólnie do rosyjskiej sauny... Co mogłoby rozluźnić kontakty Polaków i Niemców? Może miałbyś receptę?

SM: Z Polakami trzeba pójść na grzyby! To jest po prostu sport narodowy. My jako Niemcy mamy piłkę nożną. Ale to taki oczywisty, grubiański sport – kopie się cały czas skórzaną kulę. A w Polsce chodzi o to, żeby znaleźć coś, co jest ukryte. I przy okazji odzywa się pewien odruch zawiści. Bo oczywiście żaden grzybiarz nie zdradzi nikomu, gdzie są najlepsze grzyby. Iść z Polakiem na grzyby to wielki dowód zaufania. Kto wie, może prezes Kaczyński jeszcze zaprosi panią Angelę M. na grzyby? Błaszczyk i Brudziński musieliby się dyskretnie chować za drzewami.

DW: Twój aktualny temat to pary polsko-niemieckie. Niemieccy czytelnicy podchodząc poważnie do tematu, przypuszczalnie będą się upewniać, czy sam przeprowadziłeś dogłębne badania?

SM: Takie złudzenia staram się rozwiać już na początku książki. To będzie opowieść jak zwykle subiektywna, niesprawiedliwa i nawet trochę kabaretowa.

DW: Jako aktor serialowy brałeś udział w bardzo celebryckim życiu w Polsce, ale nie  uczestniczysz w instagramie i podobnych mediach...

SM:   Na „Pudelku.pl" też o mnie cicho. Czasami sobie wyobrażam, jak by to było wrócić do serialu, tak tylko pod  kątem „Pudelka.pl". Wyobrażam sobie, jak by tam wtedy napisali… no bo mają swój specyficzny, złośliwy styl. W odniesieniu do każdego. Być może tak by więc pisali: -"A wrócił Stefan Miller z Niemiec. Cieszycie się? Tęskniliście?"

DW: A chciałbyś wrócić?

SM: Nie. To był bardzo fajny rozdział w moim życiu. Wszystko zawdzięczam serialowi i telewizji ogólnie. Ale trzeba iść do przodu.

DW: Bardzo dziekuję za rozmowę.



rozmawiała Joanna de Vincenz


 

Podobne treści