Czesi zaniepokojeni niemieckim spowolnieniem gospodarczym. "Negatywne sygnały"

Czescy przedsiębiorcy o wiele mniej obawiają się skutków brexitu, niż osłabienia tempa wzrostu niemieckiej gospodarki. Polscy chyba też.

O tym, że czeska gospodarka będzie hamować, są przekonane niemal trzy czwarte (73 procent) czeskich menadżerów z 400 przedsiębiorstw, których przepytał czeski bank CSOB na zlecenie dziennika „Právo”. Spowolnienia w Niemczech lękają się niemal dwie trzecie (61,3 procent) ankietowanych.

To znaczy, że czescy przedsiębiorcy postrzegają zadyszkę niemieckiej gospodarki jako najważniejsze zagrożenie dla swojego kraju. Rzadziej wskazują na rodzime kłopoty: niedobór pracowników, silny wzrost płac, czy rosnące koszty produkcji (odpowiednio 57,1, 56,3 i 54,6 procent).

Natomiast skutków brexitu, o których się tak dużo mówi w mediach, obawia się zaledwie co trzeci ankietowany (33,5 procent). To najważniejsze rezultaty badania przeprowadzonego pod koniec ubiegłego roku.

Niespodziewane?

– Ja bym tego nie powiedział – odpowiada na pytanie Deutsche Welle główny ekonomista CSOB Martin Kupka. – Gospodarka krajowa jest wciąż w dobrej kondycji, finanse publiczne są zrównoważone, bezrobocie utrzymuje się na rekordowo niskim poziomie, konsumpcja i inwestycje rosną, handel zagraniczny ma nadwyżkę a korona jest stabilna. W tej sytuacji główną krajową barierą wzrostu jest niedobór sił roboczych – wyjaśnia.

– Negatywne sygnały przychodzą natomiast zza granicy: z USA, z Chin, ze strefy euro, czy z samych Niemiec – dodaje czeski ekonomista. – I siłą rzeczy są ostrzeżeniami dla gospodarki, w której wartość handlu zagranicznego [eksportu i importu łącznie] odpowiada 150 procent PKB.

Kupka podkreśla, że dla jego kraju Niemcy mają wyjątkową pozycję. – Tam bowiem zmierza jedna trzecia czeskich wywozów, tam mają siedziby akcjonariusze wielu czeskich firm i stamtąd przychodzi do nas spora część inwestycji zagranicznych.

To zdanie można powtórzyć w odniesieniu do pozostałych krajów regionu: Słowacji, Węgier, a nawet znacznie większej Polski. – Polska gospodarka nie była bowiem nigdy tak otwarta na świat, jak dzisiaj – mówi w rozmowie z Deutsche Welle ekonomista Mirosław Gronicki, który był ministrem finansów w drugim rządzie Marka Belki (2004-05).

Według wstępnej oceny Federalnego Urzędu Statystycznego tempo wzrostu niemieckiego produktu krajowego brutto (PKB) spadło w minionym roku do 1,5 procent z 2,2 procent w poprzednich dwóch latach. „Schłodzenie niemieckiej gospodarki podkopuje wydajność całej strefy euro, gdzie zmierza większość czeskiego eksportu”, napisał czeski dziennik ekonomiczny „Hospodarzské noviny”. Zdaniem gazety może to „w najgorszym wypadku doprowadzić do załamania boomu ekonomicznego, który Czechy przeżywają już od roku 2014”.

Przedtem, w latach 2012 i 2013 gospodarka Czech kurczyła się (o 0,8 i 0,5 procent odpowiednio). I był to już trzeci okres recesji w dziejach suwerennej Republiki Czeskiej.

Mirosław Gronicki: Polska gospodarka nigdy nie była tak otwarta na świat, jak dzisiaj

Bankowy socjalizm i socjalistyczny kapitalizm

Najgłębszy spadek, o 4,8 procent, Czesi odnotowali w roku 2009, kiedy to światowy kryzys gospodarczy spowodował recesję w całej Unii Europejskiej z wyjątkiem Polski.

Pierwszą recesję Czechy przechodziły jako suwerenny kraj w latach 1997 i 1998, kiedy ich PKB zmalał odpowiednio o 1,0 i o 2,2 procent. Wtedy przyczyną był socjalizm bankowy ekipy premiera Václava Klausa realizującej program prywatyzacji kuponowej. Pod presją rządu należące do państwa banki przyznawały olbrzymie kredyty ludziom, którzy nie mieli szansy ich spłacenia w razie niepowodzenia prywatyzacyjnych projektów. Tylko zarząd CSOB oparł się tym naciskom. W pozostałych bankach poziom złych (niespłacalnych) długów sięgał, a według niektórych ekspertów nawet przekraczał 40 procent, co w końcu doprowadziło do załamania gospodarki.

Wyprowadzaniem jej na prostą musieli się zająć socjaldemokraci, którzy przejęli władzę w 1998 roku. Wcale nie zamierzali, ale zostali zmuszeni do szybkiego sprywatyzowania banków, co wymagało uprzedniego ich oddłużenia. Kasę państwa kosztowało to 235 miliardów koron (teraz odpowiada to kwocie 9,2 miliardów euro).

Czechy odnotowały też spadek gospodarczy zaraz po upadku komunizmu, gdy były jeszcze częścią Czechosłowacji, jak zresztą wszystkie kraje spoza dawnej żelaznej kurtyny. Powróciły na ścieżkę wzrostu w 1994 roku, dwa lata później niż Polska. Klaus, najpierw jako czechosłowacki minister finansów, później czeski premier, nie chciał bowiem zbyt drastycznymi pociągnięciami ryzykować naruszenia pokoju społecznego.

Ściganie Niemiec

W rezultacie w latach 1990-2017 czeska gospodarka urosła o niespełna dwie trzecie, czyli rosła tylko nieco szybciej niż niemiecka. Czeski PKB na jednego mieszkańca według parytetu siły nabywczej (uwzględniającego różnice cen między krajami) był w 2017 roku o 63 procent wyższy niż w 1990, podczas gdy niemiecki o 45 procent [te i kolejne wyliczenia na podstawie danych OECD – przyp.]. W ciągu ponad ćwierćwiecza Czesi skrócili dystans dzielący ich od Niemców o osiem punktów procentowych – w 1990 roku ich PKB na jednego mieszkańca był o 36 procent niższy od niemieckiego, w 2017 zaś o 28 procent.

Polski PKB na jednego mieszkańca wzrósł w tym samym czasie o 162 procent, z 33 do 59 procent wskaźnika niemieckiego, czyli dystans dzielący Polskę od Niemiec zmalał z 67 do 41 procent. A do Czech z 49 do 18 procent.

W stosunku do unijnej średniej czeski PKB wzrósł z 72 procent w 1995 roku (wcześniejszych danych dla Unii 28 państw brak) do 88 procent – polski zaś z 39 do 72 procent. Polska zmniejszyła więc dystans ponad dwa razy bardziej niż Czechy.

– Co nie zmienia faktu, że Polska nadal pozostaje w ogonie unijnych statystyk – zwraca uwagę Gronicki. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) mniejszy PKB na jednego mieszkańca mają Bułgaria, Rumunia i Chorwacja, a także Łotwa i Grecja, a od 2017 roku także Węgry. Wyższy PKB na głowę ma zaś 21 unijnych państw.

Być może Polsce uda się jeszcze prześcignąć Portugalię (według MFW powinno do tego dojść za dwa lata), ale dogonienie kolejnego państwa z pozostałej dwudziestki będzie bardzo trudne. Znajdująca się dziś przed Portugalią Estonia raczej się oddali od Polski, niż da się prześcignąć.

Obejrzyj wideo 03:25
Teraz
03:25 min
WIDEO DNIA | 10.12.2016

Czechy. Zamek sprzedam tanio

Groźba załamania, pewność hamowania

Tym bardziej, że Polacy mają się czego obawiać. – Świadczy o tym głęboki spadek polskiego wskaźnika PMI w grudniu do 47,6 punktów, najniższej wartości od niemal sześciu lat. Zamówienia eksportowe spadają na łeb, na szyję. Są na jednym z najniższych poziomów w historii – podkreśla Gronicki.

PMI (Purchasing Managers Index) to wskaźnik aktywności gospodarczej, który jest swoistą ekonomiczną prognozą pogody. Gdy ma więcej niż 50 punktów, zapowiada wyż – wzrost produkcji przemysłowej i ożywienie gospodarcze. Gdy spada poniżej 50 punktów, zwiastuje niż – kurczenie się, a może nawet załamanie gospodarki.

Ostatni raz tak nisko jak teraz PMI był w kwietniu 2013 roku, kiedy spadł do 46,9 punktów, wówczas najniższego poziomu od niemal czterech lat. Wtedy znajdował się czternasty miesiąc z rzędu poniżej kreski dzielącej spadek od wzrostu. To był czas „wstrząsów wtórnych” po kryzysie 2009 roku. Czechy przeżywały wtedy recesję, polski PKB rósł o niespełna dwa procent.

Tym razem znalazł się tak nisko już w drugim miesiącu pobytu w strefie spadkowej. Mirosław Gronicki nie ma wątpliwości, że przyczyną jest spadek PKB w Niemczech.

Główny ekonomista CSOB uważa, że jeśli spowolnienie, którego jesteśmy świadkami w strefie euro, będzie jedynie standardowym przejawem cyklicznej zmiany gospodarki i nie dojdzie do kryzysu jak w latach 2008-09, czescy przedsiębiorcy będą mogli spać spokojnie.

– Pod warunkiem, że będą wprowadzali innowacje, wykorzystywali dostępne środki finansowe na zakupy wyposażenia technologicznego i utrzymają wydatki pod kontrolą – mówi Martin Kupka. – Tegoroczny wzrost PKB w Republice Czeskiej przewidujemy na poziomie 2,3 procent – dodaje.

Polska gospodarka powinna w tym roku osiągnąć czteroprocentowy wzrost. Ale w następnych dwóch latach prawdopodobnie dojdzie według Mirosława Gronickiego do spowolnienia do poziomu z lat 2012-13, czyli wyhamowania tempa wzrostu do około dwóch procent w stosunku rocznym.