Komentarz: Nowa twarz Donalda Trumpa

W dorocznym orędziu o stanie państwa Donald Trump wezwal Amerykanów do jedności i poszukiwania kompromisów. Nie powiniśmy się na to nabrać, twierdzi autor komentarza Michael Knigge.

Także tym razem Donald Trump trzymał się tekstu swego przemówienia. Podobnie jak w pierwszym orędziu o stanie państwa sprzed roku i w pierwszym wystąpieniu przed Kongresem w 2017 roku. Tegoroczne orędzie wypadło wskutek tego tak, jak miało wypaść i w niczym nie przypominało typowych dla Trumpa spontanicznych wypadów, z których jest powszechnie znany.

Od ubiegłego roku Kongres się jednak zmienił. Po wyborach połowy kadencji demokraci uzyskali większość w Izbie Reprezentantów, a republikanie Trumpa panują w tej chwili tylko w Senacie. Być może właśnie dlatego Trump zapanował nad sobą, nikogo nie obraził, nie groził żadnemu państwu interwencją i nie ogłosił stanu zagrożenia narodowego, dzięki któremu mógłby przeforsować swój pomysł budowy muru na granicy USA z Meksykiem nawet bez pieniędzy Kongresu. Mało tego. Trump tym razem zrezygnował też ze swych sloganów "Ameryka najpierw" i "uczyńmy Amerykę znowu wielką".

Koniec z politycznym zastojem

Zamiast tego na orędzie Trumpa złożyły się przede wszystkim jego apele o przezwyciężenie walk partyjnych w imię jedności narodowej. Oczywiście Trump nie byłby sobą, gdyby nie znalazł czasu na wplecenie między pojednawcze tony paru słów na temat zagrożenia płynącego ze strony nielegalnych imigrantów, przywołania do porządku Iranu i zażądania od skąpych sojuszników USA w NATO zwiększenia przez nich wydatków na wojsko.

Od posłów i senatorów Trump zażądał "przezwyciężenia politycznego zastoju", "zasypania starych okopów", "wyleczenia dawnych ran" i podjęcia działań "w duchu kompromisu i współpracy". Tylko w ten sposób Ameryka może pokonać narosłe podziały, które ją trawią i rozdzierają. Tylko wspólnymi siłami, podkreślił, można będzie rozwiązać problemy trapiące miliony Amerykanów, takie jak dostęp do systemu opieki zdrowotnej i znalezienie pracy zapewniającej im godne życie.

No i proszę - Trump ma rację. Ma rację, kiedy twierdzi, że tylko dzięki współpracy i gotowości do kompromisów można będzie pokonać podziały polityczne w kraju, i ma rację, że tylko poprzez współpracę wykraczającą ponad partyjne waśnie uda się unowocześnić przestarzałą infrastrukturę, poprawić drogą i trudno dostępną opiekę zdrowotną, wprowadzić lepszą politykę migracyjną i uporządkować wiele innych, równie ważnych spraw.

Największy wspólny dzielnik

Autor komentarza Michael Knigge

Cały szkopuł jednak w tym, że sam Trump do tej pory nie dał się poznać jako budowniczy mostów pojednania. Przeciwnie, jest on ostatnią osobą, której zależy na zawarciu uczciwego kompromisu. Jeśli przez pierwszą połowę jego kadencji świat czegoś się o nim dowiedział, to chyba tego, że interesuje go wyłącznie kolejny "deal", i że nie ceni dążenia do zrównoważenia interesów, ani ponadpartyjnych rozwiązań. W rzeczywistości to właśnie on w dużo większym stopniu przyczynił się do powstania podziałów w kraju niż jego bezpośredni poprzednicy.

Na krótko przed wygłoszeniem orędzia o stanie państwa "New York Times" doniósł o zaproszeniu przez Trumpa na prywatny obiad kilku znanych dziennikarzy telewizyjnych, podczas którego w bardzo ostrych słowach mówił o takich czołowych politykach Partii Demokratycznej, jak Chuck Schumer, Joe Biden i Elizabeth Warren herzog. Nie bardzo pasuje to do obrazu Trumpa jako polityka zabiegającego o powrócenie do narodowej jedności.

Inny ważny dowód świadczący o niechęci Trumpa do zawierania kompromisów pochodzi zaledwie sprzed paru tygodni. Aby zmusić demokratów do zgody na wydanie pieniędzy na budowę muru na granicy z Meksykiem, Trump spowodował najdłuższy paraliż części amerykańskiej administracji z wszystkimi jego negatywnymi skutkami dla milionów Amerykanów.

Trump zawsze starał się przeforsować swoje stanowisko. Tak postępował dawniej jako biznesmen i tak samo postępuje dziś jako prezydent USA. Zawsze i wszędzie chodzi mu o wygraną. Koszty takiego postępowania go nie interesują.

Poczekajmy na następny tweet

Kłócą sią z tym ciepłe i pojednawcze słowa orędzia Trumpa o stanie państwa. Jego autorzy włączyli do niego wiele zgrabnych sformułowań, które mogły się podobać każdemu. Na przykład o najwyższej liczbie kobiet w nowym Kongresie w całej jego historii. Słuchając ich można było odnieść wrażenie, że Trump przemawia niczym prawdziwy mąż stanu, że się zmitygował, spoważniał i zrozumiał, że przyszła pora na przemawianie innym tonem i zachowywanie się w inny sposób.

Nie łudźmy się jednak. Jedno udane przemówienie nie oznacza zasadniczego zwrotu. Po tym wszystkim, czego w ciągu dwóch ubiegłych lat dowiedzieliśmy się o Donaldzie Trumpie, w orędziu o stanie państwa tylko chwilami był naprawdę sobą. Prawdziwy Trump wyraża się na Twitterze. Dlatego jego apel o zawarcie ponadpartyjnych kompromisów przetrwa pewnie tylko do jego następnego tweeta.